DECATHLON to nie tylko sportowcy – Botswańska przygoda.

DECATHLON to nie tylko sportowcy grający w piłkę nożną, pływacy, biegacze, czy osoby zainteresowane myślistwem, nartami, fitnesem. W tej całej społeczności jest też miejsce dla bardzo upartych ludzi (nie koniecznie nastawionych na życiowe sukcesy w sporcie), którzy za wszelką cenę chcą osiągnąć swoje plany - takim człowiekiem jestem JA.

Wszystko zaczęło się od jednej rozmowy w grudniowy wieczór:

– Nie chciałbyś pojechać do Afryki?

̶  No pewnie, w sumie dlaczego nie…

– Dobra. No to ja poszukam jakiś możliwości wyjazdu – znasz francuski?

̶  Nie…

̶  … ja też nie… zostają byłe kolonie brytyjskie;

̶  Gdzie jest w miarę przyjazny klimat i bezpiecznie – Botswana?

̶  Ok no to próbujemy

No i tak to wszystko się zaczęło. Dwoje przeciętnych ludzi, niczym nie wyróżniających się od całej masy innych młodych osób, wymyśliło sobie że chce pojechać do Botswany.  Pomyśleliśmy że fajnie byłoby zrobić coś dobrego dla innych, a nie tylko pojechać i wrócić – tak też udaliśmy się na trzymiesięczny wolontariat do Botswany, a przy okazji nawiązaliśmy współpracę z rejonem Decathlon Polska Zachód.

Mamy nadzieję, że nasz pobyt przyniósł choć trochę radości tamtejszym dzieciakom.

Decathlon sfinansował zakup prezentów dla botswańskich dzieci. Mimo, iż pomoc którą dostaliśmy przerosła nasze oczekiwania, to jednak wciąż pozostała jeszcze jedna kwestia – transport tych produktów. Całe tony analiz i setki papierów z dnia na dzień piętrzyły się na moim biurku – próbowałam każdej ścieżki – misjonarska, handlowa, humanitarna, biznesowa (skontaktowałam się nawet z firmą transportującą ciągniki z Polski do Botswany), jednak za każdym razem koszt transportu niemal przewyższał kwotę, którą otrzymaliśmy. Ostatecznie po prawie dwóch miesiącach poszukiwań postanowiliśmy, że każdy z nas (ja i mój chłopak) oddamy po 5 kg naszego bagażu, aby zmieścić w nim decathlonowe pamiątki (muszę się przyznać że kupowanie tych rzeczy  sprawiło mi ogromną radość – były to wręcz najlepsze zakupy  w życiu – ani razu nie musiałam patrzeć na cenę, a jedynie na to żeby produkty sprawdzały się w afrykańskich warunkach i były lekkie – coś pięknego!).

1 października wyruszyliśmy na „czarny ląd” i w ciągu niemal trzech miesięcy nasze pojmowanie Afryki zmieniło się w 100%. Odkryliśmy tyle niesamowitych miejsc, smaków, kultur, poznaliśmy tylu niesamowitych ludzi… ile nie zmieści się w żadnym z przewodników „Bezdroży”. Mówi się często, że „Europa ma zegarki, a Afryka ma czas” i to było również świetnym doświadczeniem  – nigdzie się nie spieszyć – porozmawiać z kimś o pogodzie przez godzinę, celebrować jedzenie i śmiać się ze wszystkiego.

Martyna– Decathlon Wrocław Korona